2014/12/31

GOODBYE 2014!


Jak to nieprawdopodobnie cudownie obudzić się dzisiejszego ranka i  zobaczyć za oknem to, co widzicie wyżej. Śnieg spadł, a ja wraz z nim. Z łóżka oczywiście. Nie żebym, czuła jakiś pociąg do mojej podłogi, ale to naprawdę dość mocno mnie zaskoczyło. Więc roku 2014 - zwracam ci honor! Tego ostatniego, trzysta sześćdziesiątego piątego dnia postanowiłeś mnie zdziwić i udało ci się. Gratulacje. Jednak nie zmienia to, że byłeś niesamowicie nudnym i przewidywalnym, a jednocześnie najbardziej zdurniałym i nienormalnym rokiem jakikolwiek dane mi było przeżyć. 
Dziś ze łezką w oku, żegnam cię, a moich ukochanych czytelników, zapraszam na małe podsumowanie.


Nie lubię sylwestra, bo nie cierpię podsumowań. Nie znoszę wystrzału petard, które straszą mnie na każdym kroku (na przykład przed sekundą- prawie wylałam na siebie kawę!) albo tego całego szału sylwestrowego. Hej, ludzie! Naprawdę nie musicie obnosić się ze swoimi imprezowymi planami i chwalić się nimi gdzie tylko się da. Ja naprawdę czasami odnoszę wrażenie, że wszyscy robią to tylko po to, żeby zdołować takich wyrzutków społecznych jak ja. Nie będę ukrywać, że w życiu nie byłam na sylwestrze. Nie nigdy nie upiłam się na żadnej zabawie, ba! Czasami ciężko mi wytrzymać do północy. Dla mnie, 31 grudnia to idealny dzień na siedzenie w ciszy i wspominanie miłych w chwil. Coś jak Wszystkich Świętych. Okej, przesadzam, przecież nie będę porównywać sylwka do.... NIEWAŻNE. W każdym razie - wiedzcie, że dzisiejszy dzień spędzę pod kocem z ciastem czekoladowym, herbatą i słuchawkami. Oh, yes. Czasy na bycie aspołeczną jak tylko się da, właśnie trwają. 
A co z tym całym podsumowaniem? Jak zwykle rozgadałam się niesamowicie, tylko że nie na ten temat co trzeba. Tak więc wklejam te zdjęcia, które widzicie niżej, jako ostatni świąteczny akcent w tym roku i przechodzę do sedna.


Rok 2014 nie był tak kiepski jak 2013, który w całym moim życiu wspominam najgorzej. To właśnie on  poniżył  mnie, rzucił na kolana, kopnął w śledzionę i powiedział, że gra skończona. Ale muszę przyznać, że dał mi wspaniałą lekcję: nie na wszystko mamy wpływ. Nie zmienia to jednak faktu, że był okropny. Chyba to przez tą 13-stkę.
2014 był o wiele spokojniejszy. Patrzę na ostatnie trzysta sześćdziesiąt cztery dni, gdy wybija godzina dziewiętnasta tego trzysta sześćdziesiątego piątego i stwierdzam, że nie było źle. A do rzeczy?
Więc kupiłam najwygodniejsze buty na świecie, w których mogłabym chodzić dzień i noc, w końcu zmieniłam stary rzęch aka mój telefon na nowy i dzięki temu wreszcie mogę funkcjonować jak normalny człowiek.  O nieudanej szansie na lot do Paryża już wiecie... ale nie macie pojęcia o moich nowych planach, o których zapewne opowiem wam niebawem. ( lub też o nich zapomnę, co brzmi bardziej prawdopodobnie)
Poprawiłam swoją znajomość języka angielskiego i to dość znacznie z czego jestem oczywiście dumna jak paw. Mam dość dobre oceny, może wyciągnę nawet pasek. Oprócz tego w końcu byłam w Łodzi! I mimo, że miasto mi się nie podoba (sorry, ... Łodzianie(?) ) to warto tam było jechać i samemu o tym się przekonać. Zamknęłam w swoim życiu pewien rozdział i zdążyłam już otworzyć nowy.
Rok się kończy, a śledziona wciąż boli.

Happy new year 2015!


2014/12/27

COME BACK


Gwoli wyjaśnienia, bo ostatnio nie było mnie tutaj przez kilka dobrych tygodni- ŻYJĘ! A moja absencja blogowa, która tym razem wyniosła ponad miesiąc, nijak zostanie usprawiedliwiona, gdyż żadnego przekonującego wyjaśnienia mojej nieobecności nie posiadam. Po prostu, moje blogowanie utknęło w dość żałosnym punkcie, a ja nie miałam chęci ani weny, by je jakoś pobudzić. I mniej więcej dlatego, przez cały grudzień nie dawałam znaku życia.
     Skoro najważniejsze mamy już za sobą, czyli wykluczenie mojej ewentualnej śmierci na skutek na przykład pierwszej jazdy samochodem (oh, yes! I'm driver!) lub wpadnięcia w jakąś zaspę (chyba z błota) to musimy poruszyć równie ważną kwestię- dni Złośnicy są już policzone. Uśmiercam bloga na zawsze.




A zrobię to z dwóch powodów.
    Po pierwsze- nazwa sama w sobie przestała mi się podobać. Co prawda, pasuje do mnie jak żadna inna, aczkolwiek ma coś czego nie potrafię strawić, a mianowicie posiada polski znak. Bardzo mnie to ogranicza, jeśli chodzi o grafikę bloga. Mam tylko określoną ilość fontów, które mogę zastosować i jest to strasznie wkurzające.
   Po drugie- (myślę, że mnie zrozumiecie) wchodząc na tego bloga, jaka jest wasza pierwsza myśl? Ja mam wrażenie, że tytuł Złośnica pasuje bardziej do jedenastolatki, a nie do dziewczyny w moim wieku. Bo hej, ani się nie obejrzę, a będę pełnoletnia, a wtedy raczej ta nazwa będzie mi pasować jak karp na Wielkanoc. Poza tym- dojrzewam. Zmieniam się. Być może Złośnica, nie będzie nawet odzwierciedlać mojego charakteru.


Jeśli jeszcze nie znudziły was moje posty, które co prawda jestem w stanie policzyć na palcach, bo za wiele ich nie ma, to serdecznie zapraszam na mojego nowego, ale starego bloga, którego wkrótce utworzę. Obiecuję, że jedynie co się zmieni, to częstotliwość mojego pisania i design. Będę wkładać w to tyle serca ile wkładałam i najważniejsze- styl pisania pozostanie również taki sam. Możliwe, że na blogu będzie pojawiać się więcej zdjęć- na święta dostałam telefon, który tak wprawdzie mówiąc jeszcze nie ogarnęłam, bo mój atechnologiczny umysł nie był w stanie tego zrobić, ale myślę coraz częściej o założeniu instagrama.


Z tego całego zamieszania, nawet nie złożyłam wam życzeń. Biorąc pod uwagę, że jestem w tym niesamowicie kiepska i że jest już po świętach, to bez zbędnego przedłużania- wszystkiego co najlepsze, spełnienia marzeń i dużo uśmiechu :)


2014/11/19

Jestem człowiekiem Bożego Narodzenia


Jeśli miałabym wybierać pomiędzy złotymi, a białymi bombkami, to... powiedziałabym, że mam świra na punkcie Bożego Narodzenia i należę do tej niezwykle irytującej i działającej na nerwy grupy ludzi, którzy święta obchodzą szczególnie wyjątkowo, bo przygotowują się do nich kilka miesięcy wcześniej.
Nie, nie mam jeszcze zakupionych prezentów, choinka nie iskrzy się w salonie, nie zamówiłam bombek, a w tej chwili to nawet nie mam czasu na myślenie o wigilii. Mój misterny plan Wielkich Przygotowań na święta, runął w momencie, kiedy zorientowałam się, że mam dwa razy więcej nauki, niż zakładałam. Mimo to cieszę się każdą świąteczną reklamą, czekoladowymi mikołajami w supermarketach, wpadam w niewyjaśniony stan charakteryzujący się dziwnymi pseudo-tanecznymi, podobnymi do padaczki ruchami, gdy tylko usłyszę świąteczną piosenkę i oczywiście odliczam do 24 grudnia! :)



1]    A tak świętowałam dzień świętego Marcina.
2]    Kapciochy, czyli jedna z miliona rzeczy, które zgromadziłam na zimę.
3]    Widzicie te przerażone oczy? Tak wyglądają po pięciu godzinach nauki. BÓL i jeszcze raz BÓL. 
4]    Droga niedaleko mojego domu, niczym kadr z horroru. 


Przez brak czasu, pomysłów i inspiracji przez ponad 3 tygodnie nie napisałam żadnego posta. Postaram się to nadrobić, ale nie obiecuję, że notki będą  pojawiać się regularnie.
Do następnego!

2014/10/25

BAD LUCK?

Że tak na wstępie pozwolę sobie skłamać: Dzień dobry!

Zawsze twierdziłam, że nie ma takiego czegoś jak pech albo szczęście.
Każdy mój sukces przypisywałam tylko wyłącznie sobie, a nie sprzyjającemu losowi czy przeznaczeniu. Hej, jestem człowiekiem, zostałam wyposażona w rozum i wolną wolę, więc jeśli mam ochotę pójść pobiegać, to pójdę, jeśli chcę zjeść czekoladę, to ją zjem. Dlaczego każdy mój ruch ma być częścią jakiegoś doskonałego planu, stworzonego gdzieś tam, na górze? Każde moje powodzenie, zwycięstwo i osiągnięcie było zaplanowane przez panią przędącą nić mojego życia? Przecież to w ogóle nie jest logiczne!
Ktoś wymyślił, że jeśli ciągle nic się nie udaje i życie jest ogólnie do dupy, to  od razu musi być to pech. Mało tego! Ludzie w to uwierzyli.
"Trafiłem na gorszą grupę na teście z matematyki, ja to mam pecha". Nie koleś, po prostu się nie uczyłeś. "Zawsze trafię na jakiegoś beznadziejnego faceta, który rzuca mnie po miesiącu, ja to mam pecha" Nie siostro, on był po prostu idiotą. Już wiecie o co mi chodzi?
Ludzie usprawiedliwiają się pechem, szczęściem, losem i innymi duperelami w każdej sekundzie swojego życia, podczas kiedy tak naprawdę to oni są winni temu co się w nim dzieje.
Nie będę wam narzucać swoich przekonań, wierzcie w co chcecie, w porządku. Ale jeśli kiedyś wywalę się na środku chodnika, a z pomocą przybędzie mi Brad Pitt, pozwólcie mi wierzyć, że po prostu byłam w odpowiednim miejscu i czasie. A szczęście nie grało żadnej roli.
Tak przedstawia się mój światopogląd.
A przynajmniej przedstawiał. 
Zwątpiłam w siebie, kiedy okazało się, że nie polecę do Paryża. 


Już wyjaśniam.
Wczoraj po usłyszeniu trzech słów, zostałam najszczęśliwszą osobą na Ziemi. Skakałam, piszczałam, odtańczyłam macarenę, popłakałam się, a na końcu prawie wyleciałam przez okno. WYCIECZKA DO PARYŻA.
W nosie miałam jej cenę, a nawet to że lecimy tam samolotem. Oznajmiłam, że zbankrutuję, ośmieszę się, potnę- zrobię dosłownie wszystko, byleby się w nim znaleźć. Paryż to moje marzenie. A ta wycieczka to niepowtarzalna okazja, by je spełnić.
Niestety, moją wizję  nieco zmieniła mama, która stwierdziła, że chyba upadłam na głowę. Nie ma szans, nigdzie nie lecę. 
Jak się domyślacie, jedyne co mi pozostało to rzewnie zapłakać i paść na kolana. Niestety, to też nie podziało. W skrócie: mogę sobie jedynie pomarzyć i pooglądać zdjęcia wieży Eiffla z grafiki google.


Cofnijmy się o dwa miesiące. Sierpień. Mistrzostwa świata w piłce siatkowej w Polsce. Niepowtarzalna impreza, zdarzająca się raz w całym życiu. Miałam jechać na otwarcie 30 sierpnia. Od kupienia biletu dzieliła mnie sekunda. Okazało się, że nie będzie miał mnie kto zawieźć, bo skrócili tacie urlop. O JEDEN DZIEŃ. Właśnie o ten dzień, w którym miało odbyć się otwarcie mistrzostw.
































Co jeszcze?
Wczoraj mi nie wyszły kredle, które od dawna są moim specjałem.
To chyba wystarczy, aby przyznać, że jednak pech istnieje.

2014/10/13

AUTUMN DAY













Musicie mi wybaczyć tą tygodniową nieobecność, jednakże są rzeczy ważne i ważniejsze, i kiedy dochodzi do starcia blog vs sprawy osobiste, bez zastanowienia muszę wybrać to drugie.
Tydzień był tradycyjnie po prostu nudny: szkoła, trening, dom. I tak codziennie. A weekend? Całkowite odmóżdżenie, które funduję sobie średnio raz w miesiącu, tak dla zdrowia. Przez całe dni nie robię absolutnie nic. Czasami nawet nie wstaję z łóżka. Siedzę przed komputerem lub oglądam telewizję,  jem same niezdrowe rzeczy i słucham beznadziejnych piosenek, co by nie było cicho. W najgorszym wypadku, czytam jakieś niby nudne romansidło, które ostatecznie rozczuli mnie do tego stopnia, że biegnę do sklepu po czekoladę i dodatkową paczkę chusteczek.

Jeśli jednak mam plan, by zrobić coś pożytecznego mój dzień wygląda tak:

Autumn day...

Dzień zaczynam zazwyczaj o 8:30. W dobrym humorze (albo i nie) wstaję z łóżka i podążam najczęściej ślimaczym krokiem- jakim nie powstydziłby się Garfield- do kuchni zrobić sobie śniadanie i wypić eliksir pobudzający do życia (kawę). Na śniadanie jem zazwyczaj:

lub...
Kiedy już zjem sobie śniadanko i jestem po porannej toalecie , zabieram się za swoje niesforne kudły.
W weekendy preferuję raczej luźną fryzurę zrobioną w około 2 minuty- kok messy bun ( lub inaczej nazywany [głównie przeze mnie] - "kok dla ludzi bez lustra" lub "uczeszę się jak bezdomny, może nikt nie zauważy")


Aby go wykonać, potrzebujemy:


Włosy dokładnie rozczesujemy przy pomocy odżywki, a następnie zbieramy je w jak ja to nazywam- gniazdo i wiążemy. Poprawiamy wsuwkami i możemy jeszcze raz spryskać odżywką lub lakierem.
Efekt:


Jeśli jednak owy koczek mi się nie uda, bo włosy są np. świeże po umyciu i kompletnie niepodatne na stylizację, podkręcam je (najczęściej tylko końcówki) na lokówce: 

Kiedy już moje włosy wyglądają na względnie ułożone lub w ogóle widać, że zrobiłam coś z nimi zrobiłam po wstaniu z łóżka, zabieram się za makijaż, a właściwie za malowanie rzęs, bo ogólnie to kosmetyków  póki co w żadnym wypadku nie używam.


Efekt zazwyczaj wygląda tak: 

Następnie zabieram się za paznokcie:
Efektu nie pokaże, bo się wstydzę (oj, manicurzystką to ja nie będę)

Potem zaglądam do garderoby, która raczej przypomina pustą szafę z wieszakami. Najczęściej decyduję się na szaro-czarny dres, ale dziś zrobiłam wyjątek i założyłam jeansową koszulę:
Jeśli gdzieś wychodzę zakładam ramoneskę i sznurowane botki:
I w sumie to byłoby na tyle.

Muszę wam się pochwalić, iż ziściło się moje wielkie marzenie: w moim pokoju w końcu pojawiła się taka ramka:

I jestem z tego powodu przeszczęśliwa.
Do zobaczenia!

2014/10/04

CO SPRAWIA, ŻE ŻYCIE JEST PIĘKNIEJSZE?


Pomyślicie, że zrobiłam to specjalnie. Że sobie to zaplanowałam. Że sobie to nieźle uknułam. Niestety, ale odpowiedź brzmi: NIE.
Bo ja naprawdę nie miałam żadnych intencji, by przedwczoraj nie iść do szkoły. I tutaj wcale nie chodziło o sprawdzian z matematyki, na który nawiasem mówiąc nic nie umiałam. Po prostu, autobus nie przyjechał i tyle. Albo inaczej: przyjechał, ale nie o tej godzinie, o której sądziłam, że przyjedzie. Taaak. Spóźniłam się. I szczerze powiedziawszy nie było mi ani trochę przykro.Wręcz przeciwnie- cieszyłam się. Miałam cały dzień dla siebie i mogłam robić co tylko zechcę. To taki trochę jednodniowy weekend w ciągu tygodnia. (bardzo polecam)

Korzystając z masy wolnego czasu, postanowiłam napisać dłuższą notkę. Zapraszam do przeczytania listy rzeczy, które czynią życie piękniejszym. 

1. Pierwszy łyk kawy/herbaty
W ciągu ostatnich kilku postów pojawiło się tyle wzmianek o gorącej herbacie/kawie, że na pewno już zdążyliście pomyśleć, że jestem od tych napojów uzależniona. 
Macie rację. 
Poranek zaczynam od kawy, południu piję ją do czegoś słodkiego, a jeśli tego nie zrobię, to z chęcią nadrobię to wieczorem przy jakimś średnio ciekawym filmie. To samo tyczy się herbaty. 
Tak, jestem uzależniona. Tak, leczę się.
2. Pierwszy śnieg
Ujmę to tak: staram się być dojrzałym człowiekiem, mam już te swoje ileś tam lat. Nie mogę tak po prostu wybiec z domu i zacząć się tarzać we śniegu z radości, jednak nie oznacza to, że bym tego z chęcią nie zrobiła. Owszem, zrobiłabym to, jednak mój wiek mówi, że już to do mnie nie pasuje. Szkoda, bo tarzanie we śniegu jest naprawdę fajne.
3. Boże narodzenie (z wielkim wyszczególnieniem dla światełek choinkowych)
Szukając zdjęcia do powyższego podpunktu, natknęłam się na piękną fotografię światełek choinkowych. Nieświadoma i zafascynowana, kliknęłam w nią i dopiero wtedy przekonałam się, że był to największy błąd mego życia. Przepadłam.
Nie jestem w stanie zliczyć folderów ze zdjęciami, które przejrzałam. Wiem tylko, że jest ich zdecydowanie za dużo.W każdym razie, jeśli poszukujecie jakiegoś ładnego zdjęcia choinki, lampek, bombek itp. to zapraszam do skontaktowania się ze mną. Mam je wszystkie. WSZYSTKIE.
4. Zapach ciasta/ świeżego pieczywa
Nieważne, czy piernik, czy drożdżowiec- zapach jest ten sam- po prostu cudowny. Wchodząc do domu i czując woń świeżo upieczonego pieczywa kojarzy nam się to przede wszystkim z ciepłem rodzinnym i z taką czysto domową atmosferą. Myślę, że więcej tu nic nie trzeba dodać. Teraz wszyscy pomarzmy o smakowitym cieście babci.
5. Spadające gwiazdy/ księżyc/ niebo
Moim nierealnym marzeniem jest wybranie się pod namiot  w noc spadających gwiazd.
Dlaczego nierealnym? Otóż nie potrafię załatwić potrzeby "w krzakach", a poza tym wizja mnie śpiącej w mrocznym lesie jest wyjątkowo zabawna. 

6. Ozdoby
Uwielbiam kwiaty, lampiony, ramki, plakaty, wszelkie świecidełka, poduszki, figurki, wstążki. Generalnie to mogłabym zamieszkać w IKEI. 
Mój pokój to jedna wielka graciarnia, można w nim znaleźć Wielki Zbiór Kapsli od Tymabrka, kalendarze sprzed kilku lat albo gazety odzieżowe z lat '90. Oczywiście te rzeczy nie są mi do niczego potrzebne, ale i tak ich nie wyrzucę, bo dlaczego miałabym to zrobić? Skoro przeleżały 10 lat, to przeleżą i następne.
7. Weekendy/ wolne dni
Masz zły dzień? Zły tydzień? Zły miesiąc? Pomyśl o weekendzie/ dniu wolnym od pracy/szkoły. Czyż świadomość, że nie musisz nic robić nie jest piękna? Uwielbiam ten stan, kiedy przychodzę w piątek ze szkoły, najem się do syta, wykąpię, i położę się na łóżku i po prostu leżę i rozmyślam o tym, że nic nie muszę zrobić. To najcudowniejsza chwila w całym tygodniu.
Do zobaczenia w kolejnym poście :) Miłego tygodnia!

2014/09/26


Nadejście jesieni zaowocowało moim przyzwoitym humorem i brakiem chęci wybicia połowy społeczeństwa. 
Wynurzam się więc ze swojego gniazdka, robię jesienne porządki, dokarmiam się niekoniecznie zdrowym jedzeniem, kupuję grube swetry, kurtki, buty, co by w zimne dni było mi ciepło oraz dekoruję pokój jesiennymi dodatkami. Oprócz tego spijam już 3 herbatę, słucham jakichś mało ambitnych piosenek i zaraz obejrzę dobrą komedię. Zawijam się koc i czekam na październik. 


Dlaczego jesień to moja ulubiona pora roku?

    1. Kawa
      Kawa w zimne dni smakuje najlepiej i chyba każdy to przyzna. A już w szczególności podczas czytania         książki przy kominku po spacerze. 

    2. Książki
   Wieczorne czytanie. Czy może być coś przyjemniejszego? Chyba tylko czytanie i picie kawy jednocześnie.

 3. Jesienne ubrania.
Moja wielka miłość.

  4. Krajobraz
   Piękny. Cudowny. Niedopisania. 

5. Dynie, jabłka


6. Dekoracje

7. Spacery
Jesienią spacery z pupilem wyglądają nico inaczej.

8. Halloween.

Za atmosferę, za przemyślenia...i na tym skończymy, bo już brak mi pomysłów (i czasu :))
Do następnego! Ściskam i pozdrawiam :)

2014/09/16

6. Ola Amigos Kiełbasa i Bigos

Okej, jestem, żyję i wracam, co by nie było, że was tutaj zostawiłam, czy coś, bo co to, to nie!

Nie będzie o kiełbasie, nie będzie o bigosie.
Ola Amigos Kiełbasa i Bigos to moje odwieczne przezwisko, wymyślone przez Czopków z mojej klasy (pozdrawiam :*) Nie byłoby w tym nic dziwnego, ale...
Wyobraźcie sobie co się dzieje, kiedy nauczyciel wywołuje mnie do odpowiedzi... nie trudno się domyślić, prawda? Pół klasy skanduje na całego "Bigooooooos dajeeeeesz!!!", "Olaaaaa Amigo Olaaaa!Olaaaa Amigo Olaaaa! Olaaaa Amigo Ola" + jakiś bardzo inteligenty pojazd po mnie odnośnie np. mojego wyglądu, bo czemu by nie? Kocham tą klasę, no kocham.

                                                        (moje oczko, specjalnie dla was)

Co u mnie? Kuję 24/h, sobotami staram się odpoczywać, w niedzielę cały dzień robię zdjęcia, a potem nocami je obrabiam. Ostatnio widzę tylko to:
























Żyję MŚ i ogólnie całą siatkówką. Trochę przykro mi się ogląda te wszystkie mecze w tv, wiedząc, że sama nie mogę iść i pograć. Nie dawno na dobre pożegnałam się ze sportem. Było ciężko, ale niestety moja kondycja i forma od dawna kulały ( w zeszłym roku grzałam ławkę rezerwowych...) więc zdecydowałam się to po prostu skończyć.
Coraz częściej myślę, że podjęłam złą decyzję. Jeśli znajdę jeszcze gdzieś w sobie odrobinę ambicji, samozaparcia i silnej woli, to prawdopodobnie wznowę treningi. Nie wiem jak dam radę połączyć 3h w tygodniu piłki ręcznej, 1h lekkoatletki i 1h jazdy konnej +bieganie i indywidualne ćwiczenia razem z nauką i obowiązkami, ale  żyję po to, aby spełniać swoje marzenia, dlatego nikomu nie pozwolę ich zniszczyć.



Dziś gramy w trzynastu.

2014/09/07

5. Złośnica wróciła na stare śmieci

Więc kiedy już wsiadłam do tego pieprzonego autobusu, by znaleźć się za chwilę w tej pieprzonej szkole, po tym jak zaspałam (tak, pierwszego dnia) i wyleciałam z domu z gniazdem na głowie i mojej prawiepiżamie, nie przestawałam zadawać sobie jednego pytania "Czy on może już przestać się na mnie gapić?". Koleś, lat dwa ode mnie starszy, tak po prostu się na mnie patrzył. A ja przeklinałam go w myślach, że jeśli nie odwróci tej głowy, to mu ją chyba urwę.
Mimo moich niewerbalnych ostrzeżeń, dalej obserwował mnie z tą swoją miną " Nooo cześć jestem Grześ". Ale przynajmniej miał na imię Michał.
Okay, ja rozumiem że  byłam rozczochrana, moje białe trampki w jakiś magiczny sposób zrobiły się czarne (tzw. magia błota) a prawdopodobieństwo, że miałam rozmazany tusz do rzęs było jak 4 do 5. Ale on musiał się tak perfidnie gapić?



Po dotarciu na miejsce, po tej jakże męczącej drodze, przyznam, że miałam już wszystkiego dosyć. A tu dzień dopiero się zaczął. Dołączyłam się do nudnawej rozmowy moi znajomych i słuchałam z niebywałym zaciekawieniem.

Następnie dowiedziałam się, że jako pierwszą lekcję mamy matematykę.
To. Było. Za. Wiele.



Przeżyłam, poszłam na angielski. Nauczyciel podał moje imię jakieś milion razy razy jako przykład. "Jak Ola znowu będzie gadać na lekcji, to wezmę sobie ją do odpowiedzi i zadam kilka pytań... z kategorii :nie do odpowiedzenia."



A teraz to już normalnie hit dnia: wiecie co robiłam na w-f? Tańczyłam. Tak. TAŃ-CZY-ŁAM. Nie, żeby coś, ale ja kompletnie nie mam poczucia rytmu, toteż nieśmiało zasugerowałam, że może byśmy w jakąś siatkóweczkę pograły czy coś, a pani tak po prostu mnie spławiła i kazała ustawić się do rzędu.


Jeszcze jeden taki numer i przenoszę się do męskiej grupy, jak Boga kocham.

Na przerwie wysłuchiwałam moich koleżanek, które wychwalały siatkarzy, jacy to oni przystojni, zbudowani.. bla bla bla


Wielkie fanki siatkówki się znalazły, bo mistrzostwa się zaczęły. Ciekawe, gdzie były podczas ligi światowej...

Na polskim nudziłam się przeokropnie. Mój mózg włączył się dopiero w momencie, gdy pani powiedziała, że w poniedziałek recytujemy wiersz, który zadała przed wakacjami.


  Jaki wiersz?                                                              

Lekcje zakończyły się jakoś po 14. Do domu wróciłam zmęczona, wyczerpana bez jakichkolwiek oznak życia.


Niestety dzisiaj jest niedziela, a to oznacza, że już jutro zaczyna się nowy tydzień...


A przecież dopiero był piątek.