2014/10/25

BAD LUCK?

Że tak na wstępie pozwolę sobie skłamać: Dzień dobry!

Zawsze twierdziłam, że nie ma takiego czegoś jak pech albo szczęście.
Każdy mój sukces przypisywałam tylko wyłącznie sobie, a nie sprzyjającemu losowi czy przeznaczeniu. Hej, jestem człowiekiem, zostałam wyposażona w rozum i wolną wolę, więc jeśli mam ochotę pójść pobiegać, to pójdę, jeśli chcę zjeść czekoladę, to ją zjem. Dlaczego każdy mój ruch ma być częścią jakiegoś doskonałego planu, stworzonego gdzieś tam, na górze? Każde moje powodzenie, zwycięstwo i osiągnięcie było zaplanowane przez panią przędącą nić mojego życia? Przecież to w ogóle nie jest logiczne!
Ktoś wymyślił, że jeśli ciągle nic się nie udaje i życie jest ogólnie do dupy, to  od razu musi być to pech. Mało tego! Ludzie w to uwierzyli.
"Trafiłem na gorszą grupę na teście z matematyki, ja to mam pecha". Nie koleś, po prostu się nie uczyłeś. "Zawsze trafię na jakiegoś beznadziejnego faceta, który rzuca mnie po miesiącu, ja to mam pecha" Nie siostro, on był po prostu idiotą. Już wiecie o co mi chodzi?
Ludzie usprawiedliwiają się pechem, szczęściem, losem i innymi duperelami w każdej sekundzie swojego życia, podczas kiedy tak naprawdę to oni są winni temu co się w nim dzieje.
Nie będę wam narzucać swoich przekonań, wierzcie w co chcecie, w porządku. Ale jeśli kiedyś wywalę się na środku chodnika, a z pomocą przybędzie mi Brad Pitt, pozwólcie mi wierzyć, że po prostu byłam w odpowiednim miejscu i czasie. A szczęście nie grało żadnej roli.
Tak przedstawia się mój światopogląd.
A przynajmniej przedstawiał. 
Zwątpiłam w siebie, kiedy okazało się, że nie polecę do Paryża. 


Już wyjaśniam.
Wczoraj po usłyszeniu trzech słów, zostałam najszczęśliwszą osobą na Ziemi. Skakałam, piszczałam, odtańczyłam macarenę, popłakałam się, a na końcu prawie wyleciałam przez okno. WYCIECZKA DO PARYŻA.
W nosie miałam jej cenę, a nawet to że lecimy tam samolotem. Oznajmiłam, że zbankrutuję, ośmieszę się, potnę- zrobię dosłownie wszystko, byleby się w nim znaleźć. Paryż to moje marzenie. A ta wycieczka to niepowtarzalna okazja, by je spełnić.
Niestety, moją wizję  nieco zmieniła mama, która stwierdziła, że chyba upadłam na głowę. Nie ma szans, nigdzie nie lecę. 
Jak się domyślacie, jedyne co mi pozostało to rzewnie zapłakać i paść na kolana. Niestety, to też nie podziało. W skrócie: mogę sobie jedynie pomarzyć i pooglądać zdjęcia wieży Eiffla z grafiki google.


Cofnijmy się o dwa miesiące. Sierpień. Mistrzostwa świata w piłce siatkowej w Polsce. Niepowtarzalna impreza, zdarzająca się raz w całym życiu. Miałam jechać na otwarcie 30 sierpnia. Od kupienia biletu dzieliła mnie sekunda. Okazało się, że nie będzie miał mnie kto zawieźć, bo skrócili tacie urlop. O JEDEN DZIEŃ. Właśnie o ten dzień, w którym miało odbyć się otwarcie mistrzostw.
































Co jeszcze?
Wczoraj mi nie wyszły kredle, które od dawna są moim specjałem.
To chyba wystarczy, aby przyznać, że jednak pech istnieje.

2014/10/13

AUTUMN DAY













Musicie mi wybaczyć tą tygodniową nieobecność, jednakże są rzeczy ważne i ważniejsze, i kiedy dochodzi do starcia blog vs sprawy osobiste, bez zastanowienia muszę wybrać to drugie.
Tydzień był tradycyjnie po prostu nudny: szkoła, trening, dom. I tak codziennie. A weekend? Całkowite odmóżdżenie, które funduję sobie średnio raz w miesiącu, tak dla zdrowia. Przez całe dni nie robię absolutnie nic. Czasami nawet nie wstaję z łóżka. Siedzę przed komputerem lub oglądam telewizję,  jem same niezdrowe rzeczy i słucham beznadziejnych piosenek, co by nie było cicho. W najgorszym wypadku, czytam jakieś niby nudne romansidło, które ostatecznie rozczuli mnie do tego stopnia, że biegnę do sklepu po czekoladę i dodatkową paczkę chusteczek.

Jeśli jednak mam plan, by zrobić coś pożytecznego mój dzień wygląda tak:

Autumn day...

Dzień zaczynam zazwyczaj o 8:30. W dobrym humorze (albo i nie) wstaję z łóżka i podążam najczęściej ślimaczym krokiem- jakim nie powstydziłby się Garfield- do kuchni zrobić sobie śniadanie i wypić eliksir pobudzający do życia (kawę). Na śniadanie jem zazwyczaj:

lub...
Kiedy już zjem sobie śniadanko i jestem po porannej toalecie , zabieram się za swoje niesforne kudły.
W weekendy preferuję raczej luźną fryzurę zrobioną w około 2 minuty- kok messy bun ( lub inaczej nazywany [głównie przeze mnie] - "kok dla ludzi bez lustra" lub "uczeszę się jak bezdomny, może nikt nie zauważy")


Aby go wykonać, potrzebujemy:


Włosy dokładnie rozczesujemy przy pomocy odżywki, a następnie zbieramy je w jak ja to nazywam- gniazdo i wiążemy. Poprawiamy wsuwkami i możemy jeszcze raz spryskać odżywką lub lakierem.
Efekt:


Jeśli jednak owy koczek mi się nie uda, bo włosy są np. świeże po umyciu i kompletnie niepodatne na stylizację, podkręcam je (najczęściej tylko końcówki) na lokówce: 

Kiedy już moje włosy wyglądają na względnie ułożone lub w ogóle widać, że zrobiłam coś z nimi zrobiłam po wstaniu z łóżka, zabieram się za makijaż, a właściwie za malowanie rzęs, bo ogólnie to kosmetyków  póki co w żadnym wypadku nie używam.


Efekt zazwyczaj wygląda tak: 

Następnie zabieram się za paznokcie:
Efektu nie pokaże, bo się wstydzę (oj, manicurzystką to ja nie będę)

Potem zaglądam do garderoby, która raczej przypomina pustą szafę z wieszakami. Najczęściej decyduję się na szaro-czarny dres, ale dziś zrobiłam wyjątek i założyłam jeansową koszulę:
Jeśli gdzieś wychodzę zakładam ramoneskę i sznurowane botki:
I w sumie to byłoby na tyle.

Muszę wam się pochwalić, iż ziściło się moje wielkie marzenie: w moim pokoju w końcu pojawiła się taka ramka:

I jestem z tego powodu przeszczęśliwa.
Do zobaczenia!

2014/10/04

CO SPRAWIA, ŻE ŻYCIE JEST PIĘKNIEJSZE?


Pomyślicie, że zrobiłam to specjalnie. Że sobie to zaplanowałam. Że sobie to nieźle uknułam. Niestety, ale odpowiedź brzmi: NIE.
Bo ja naprawdę nie miałam żadnych intencji, by przedwczoraj nie iść do szkoły. I tutaj wcale nie chodziło o sprawdzian z matematyki, na który nawiasem mówiąc nic nie umiałam. Po prostu, autobus nie przyjechał i tyle. Albo inaczej: przyjechał, ale nie o tej godzinie, o której sądziłam, że przyjedzie. Taaak. Spóźniłam się. I szczerze powiedziawszy nie było mi ani trochę przykro.Wręcz przeciwnie- cieszyłam się. Miałam cały dzień dla siebie i mogłam robić co tylko zechcę. To taki trochę jednodniowy weekend w ciągu tygodnia. (bardzo polecam)

Korzystając z masy wolnego czasu, postanowiłam napisać dłuższą notkę. Zapraszam do przeczytania listy rzeczy, które czynią życie piękniejszym. 

1. Pierwszy łyk kawy/herbaty
W ciągu ostatnich kilku postów pojawiło się tyle wzmianek o gorącej herbacie/kawie, że na pewno już zdążyliście pomyśleć, że jestem od tych napojów uzależniona. 
Macie rację. 
Poranek zaczynam od kawy, południu piję ją do czegoś słodkiego, a jeśli tego nie zrobię, to z chęcią nadrobię to wieczorem przy jakimś średnio ciekawym filmie. To samo tyczy się herbaty. 
Tak, jestem uzależniona. Tak, leczę się.
2. Pierwszy śnieg
Ujmę to tak: staram się być dojrzałym człowiekiem, mam już te swoje ileś tam lat. Nie mogę tak po prostu wybiec z domu i zacząć się tarzać we śniegu z radości, jednak nie oznacza to, że bym tego z chęcią nie zrobiła. Owszem, zrobiłabym to, jednak mój wiek mówi, że już to do mnie nie pasuje. Szkoda, bo tarzanie we śniegu jest naprawdę fajne.
3. Boże narodzenie (z wielkim wyszczególnieniem dla światełek choinkowych)
Szukając zdjęcia do powyższego podpunktu, natknęłam się na piękną fotografię światełek choinkowych. Nieświadoma i zafascynowana, kliknęłam w nią i dopiero wtedy przekonałam się, że był to największy błąd mego życia. Przepadłam.
Nie jestem w stanie zliczyć folderów ze zdjęciami, które przejrzałam. Wiem tylko, że jest ich zdecydowanie za dużo.W każdym razie, jeśli poszukujecie jakiegoś ładnego zdjęcia choinki, lampek, bombek itp. to zapraszam do skontaktowania się ze mną. Mam je wszystkie. WSZYSTKIE.
4. Zapach ciasta/ świeżego pieczywa
Nieważne, czy piernik, czy drożdżowiec- zapach jest ten sam- po prostu cudowny. Wchodząc do domu i czując woń świeżo upieczonego pieczywa kojarzy nam się to przede wszystkim z ciepłem rodzinnym i z taką czysto domową atmosferą. Myślę, że więcej tu nic nie trzeba dodać. Teraz wszyscy pomarzmy o smakowitym cieście babci.
5. Spadające gwiazdy/ księżyc/ niebo
Moim nierealnym marzeniem jest wybranie się pod namiot  w noc spadających gwiazd.
Dlaczego nierealnym? Otóż nie potrafię załatwić potrzeby "w krzakach", a poza tym wizja mnie śpiącej w mrocznym lesie jest wyjątkowo zabawna. 

6. Ozdoby
Uwielbiam kwiaty, lampiony, ramki, plakaty, wszelkie świecidełka, poduszki, figurki, wstążki. Generalnie to mogłabym zamieszkać w IKEI. 
Mój pokój to jedna wielka graciarnia, można w nim znaleźć Wielki Zbiór Kapsli od Tymabrka, kalendarze sprzed kilku lat albo gazety odzieżowe z lat '90. Oczywiście te rzeczy nie są mi do niczego potrzebne, ale i tak ich nie wyrzucę, bo dlaczego miałabym to zrobić? Skoro przeleżały 10 lat, to przeleżą i następne.
7. Weekendy/ wolne dni
Masz zły dzień? Zły tydzień? Zły miesiąc? Pomyśl o weekendzie/ dniu wolnym od pracy/szkoły. Czyż świadomość, że nie musisz nic robić nie jest piękna? Uwielbiam ten stan, kiedy przychodzę w piątek ze szkoły, najem się do syta, wykąpię, i położę się na łóżku i po prostu leżę i rozmyślam o tym, że nic nie muszę zrobić. To najcudowniejsza chwila w całym tygodniu.
Do zobaczenia w kolejnym poście :) Miłego tygodnia!