Próbowałam reanimować martwy organizm, walczyłam jak matka o własne dziecko, ale nie udało się. Po prostu nie udało.
Zaczęłam myśleć, co by było, gdybym rzuciła to w cholerę; później zaczęłam już szkicować pożegnalnego posta, a teraz przystępuję do jego publikacji.
Zgadza się. Poniekąd się poddałam, ale to wcale nie było takie proste.
I uwierzcie, że tu nie chodzi o was! To jest we mnie, gdzieś głęboko w środku i nie chce puścić ani na moment.
Usuwam tego bloga na zawsze.
Nie mówię żegnajcie, a do zobaczenia, bo wierzę, że się jeszcze gdzieś, kiedyś spotkamy.
Ale na pewno nie tutaj.
To już jest koniec. Nie ma już nic.
Jesteśmy wolni, możemy iść.
Więc do zobaczenia.
PS Mam właśnie dziki pomysł, na coś co nie będzie Złośnicą, a czymś innym, czymś totalnie szalonym i nieprzemyślanym. Bez narzekania, więcej działania. Będziecie?